Zrządzenie losu no.4 – "Spotkania z Anastazją"

Poznał ją w cyrku, gdy zbliżała się noc i tylko tam wydawało mu się, że wie, kim ona naprawdę jest.

Ogromny namiot pulsował barwami. Na scenę wyszedł mały człowieczek, trzymając wysoko uniesiony transparent z napisem „brawa”. Kobiety wiwatowały, mężczyźni podrzucali do góry swe czarne kapelusze i tylko jedna, jedyna osoba swoim milczeniem zdawała się wybijać ponad tę atmosferę ogólnego entuzjazmu – chwil uniesienia, które znikają bezpowrotnie, gdy następne radości spychają je w niepamięć. Jedna osoba myślami była gdzie indziej…

  • Mogę się przysiąść? – zapytała słodkim głosem, z jednym z tych naturalnych i lekko nieśmiałych uśmiechów, które od razu sprawiają, że człowiek czuje się szczęśliwy.

Adam jedynie skinął głową, onieśmielony jej urodą. Nie była to jednak uroda z mijanych po drodze plakatów reklamowych, o nie – było w niej coś więcej, jakiś niewytłumaczalny błysk, którym przed laty musieli się zachwycać XIX-wieczni poeci, tak często przez chłopca czytani.

Na scenę wchodziły słonie, akrobaci i klauni, a on nie był w stanie wykrztusić z siebie ani słowa. Sięgając myślą wstecz, próbował się usprawiedliwiać – nie był przecież nikim wyjątkowym. Podczas rodzinnych posiłków nie mówił więcej, niż od niego oczekiwano. W szkole zawsze trzymał się z tyłu, daleko od wydarzeń i ludzi, którzy mogli zburzyć tak uparcie budowany przez niego świat pełen prostych dróg otoczonych murami. Swoje życie odnajdywał dopiero w książkach, lawinami spadających z regałów w jego pokoju tak, że nie można było stąpnąć, nie dotykając grzbietu jakiejś książki bądź porzuconych świstków papieru zaczernionych słowami, których nawet on sam nie rozumiał. Zresztą, mało kto wchodził do jego pokoju…

Myśl, by coś zmienić, zaświtała w jego głowie dopiero, gdy obok usiadła dziewczyna, roznosząca wokół siebie zapach innych krain.

Było w niej coś pozytywnego, była w niej tajemnica, która od zawsze pociągała odkrywców. Kołysała się na krześle i szeroko uśmiechała za każdym razem, gdy reszta widzów wybuchała gromkim śmiechem.

  • Jak masz na imię? – wyjąkał chłopiec, kiedy na scenę wchodził mały człowieczek, niosąc nad sobą napis „cisza”.

  • Anastazja – odparła wdzięcznie, znów uroczo się uśmiechając i tym samym zniewalając chłopca. Z jej ust nie padło choćby jedno kolejne słowo, ona sama zaś powróciła do uczestniczenia w spektaklu, jakby zapominając o tym, co się przed chwilą zdarzyło, kierując myśli jedynie ku mglistej przyszłości. Ona kołysała się w rytm bębnów i z szeroko otwartymi oczami rozglądała dokoła, zafascynowana wszystkim, co widzi; on co chwila spoglądał ukradkiem na jej twarz, nie żałując niczego, co doprowadziło go właśnie do tego momentu – i tak trwała ich bez słów rozmowa…

W czasie gdy pozostali widzowie w pośpiechu opuszczali cyrkowy namiot, on nadal siedział w fotelu, na nowo odtwarzając scenę, w której poznał, czym jest życie, lecz której w żaden sposób nie potrafił uchwycić. Mógłby w tej chwili rodzić się i umierać, wciąż na nowo, bez końca.

Nie dostrzegał również innej drogi, jak zburzyć porządek dnia i podążyć śladami nieznajomej, która była jego początkiem i zarazem celem, o którym nie wiedział, lecz do którego zawsze zmierzał. Zaczął więc przedzierać się przez głośny i bezlitosny tłum, w bezpiecznej odległości za Anastazją, próbując za żadną cenę nie stracić jej z oczu. Niezbyt wysoka, ubrana w za dużą kurtkę i kraciastą koszulę, dumnie wydostała się z tłumu, kierując się ku scenie. Zniknęła zaraz za fiołkową kotarą, w oszałamiających błyskach kolorowych lamp.

DSC_4685-1

To była pierwsza rzecz w jego życiu, na którą się odważył, zupełnie nie zwracając uwagi na to, co mogą powiedzieć inni. Ostrożnym ruchem ręki odsunął kotarę i niezauważony, skacząc od cienia do cienia, chyłkiem skradał się wśród gromad wymalowanych klaunów i akrobatów w cudacznych strojach, wyostrzając wszystkie zmysły na tej ścieżce wyznaczanej przez perfumy, pojawiające się i znikające gesty, ciche kroki i wyróżniające się z tłumu jasne kosmyki falowanych włosów Anastazji. Dotarł do pokoju pełnego luster, gdzie wysoki chłopiec o kręconych włosach i okrągłej twarzy zmywał właśnie z siebie makijaż klauna. Adam znał go doskonale. Chłopiec w Makijażu uśmiechał się zbójecko, w odbiciu lustrzanym dostrzegając Anastazję, czekającą na niego z założonymi rękami. Pokazywała wszystkie białe zęby w uśmiechu podobnym do tych, jakie prezentują gwiazdy filmowe, zawierając w sobie zwielokrotnioną radość wszystkich widzów.

  • Ktoś ci już mówił, że cudownie się uśmiechasz? – odwrócił się, mrugając porozumiewawczo jednym okiem.

  • Wiesz, ile mnie to kosztuje…

  • Uwielbiam wywoływać uśmiech na twojej twarzy, wtedy właśnie czuję, że naprawdę żyję, że jestem szczęśliwy… – przerwał jej, spoglądając głęboko w oczy i zbliżając się o kilka kroków.

Anastazja odwróciła się, obserwując swoje odbicie, zatopiona pośród białych świateł w wysokim lustrze. Oprócz nich w pokoju nie było żywej duszy.

  • Nie będę mogła wyruszyć z tobą tam, gdzie chciałeś, ale będę tu przychodzić, na twoje występy. Codziennie… – gdy to mówiła, miała zamknięte oczy i właśnie wtedy Chłopiec w Makijażu najbardziej dotkliwiej czuł, że choć Anastazja żyje w kilku światach, w żadnym z nie jest do końca obecna.

  • I ty się dziwisz, że tak przyciągasz uwagę przechodniów… – otoczył ją ramieniem i wyszli z namiotu cyrkowego ku łące, gdzie kwitły rumianki i roznosił się błogi zapach szałwii.

Od tej chwili dla Adama od własnego imienia ważniejsze było imię „Anastazja” – światełko w tunelu i sekretne zaklęcie wymawiane za każdym razem, gdy chciał zapomnieć o czymś złym, co mu się przytrafiło lub też po prostu wnieść trochę więcej uśmiechu do swojej codzienności. Rano wstawał z nadzieją, że dziś właśnie nastąpi ta wyczekiwana chwila, kiedy to będzie mu dane zamienić z Anastazją choćby kilka słów, które na nowo tchną w niego siłę. Wyobrażał sobie, co by mógł zrobić, gdyby ją spotkał na ulicy, a gdy już naprawdę ją spotykał i mijał, odprowadzając jedynie tęsknym wzrokiem, łamał sobie głowę nad tym, co by było, gdyby jednak się zatrzymał. Świętą była dla niego pora, gdy kończył się obiad i z rękami w kieszeniach, długim krokiem szedł w stronę namiotu cyrkowego. Przez większość czasu nie wiedział, co robi ani też co się wokół niego dzieje – i to mu się podobało.

Podczas spektaklu spotykał Anastazję, która od tamtego dnia niezmiennie siadała obok niego – uśmiechali się do siebie, zawieszeni gdzieś między przyjaźnią a obojętnością, usiłujący zachować jakiekolwiek pozory. Po występie już nie podążał jej śladami, gdyż wiedział, że gdzieś tam, za fiołkową kurtyną czeka na nią Chłopiec w Makijażu. Starał się o nim nie myśleć, tak jak nie myślał o przeszłości ani przyszłości, nie oceniając również samego siebie. Żył w teraźniejszości i była to teraźniejszość już zapomniana. Żył, otoczony wieloma barwami i dziko pędzącymi za sobą scenami, od spektaklu do spektaklu, a świat był wtedy gwiazdą, którą trzymał bezpiecznie w zamkniętej dłoni.

Pewnego dnia Anastazja nie przyszła do cyrku.

Odczekał kilkanaście minut w nadziei, że się spóźni, lecz nic nie zapowiadało jej przyjścia. Wtedy wstał z krzesła, opuścił namiot cyrkowy i poszedł z powrotem do domu, by paść na łóżko i leżeć tak leżał całą noc, niezdolny zasnąć i niezdolny myśleć, przytłoczony tym, co mógłby zrobić, ale na co nie miał najmniejszego wpływu.

Nad ranem Adam zdążył zbić talerz i dwie szklanki, nim wynurzył się z domu i zaczął pałętać po uliczkach miasteczka w poszukiwaniu jakichkolwiek wieści o zaginionej Anastazji.

  • Widziałem ją wczoraj jakoś przed zmrokiem, szła w tamtą stronę – machał ręką znudzony murarz.

  • Ledwo zdążyłam otworzyć sklep, ona już kupowała u mnie świeżutki bułki, Zobacz sam, jakie dobre, a do tego takie tanie… – przekonywała piekarka.

  • Tak, tak, ale wolałem się za nią nie oglądać, bo wiesz, chłopcze, nie mogę tak ot zostawić całego gospodarstwa – wzruszał ramionami staruszek w okularach, siedząc na porośniętej dziką winoroślą werandzie przed magnoliowym domem.

Adam wszystkim spotykanym osobom zadawał to samo pytanie i po godzinie wiedział już, że choć wczoraj była jeszcze jak błyszczący klejnot w tym szarym miasteczku, dziś rozpłynęła się w powietrzu. Nawet miejscowy pisarz, który tak wiele opowiadał o ludziach, wykluczając się poza ich krąg, od wczoraj z kryminałów przerzucił się na miłosne sonety.

Chłopiec był na tyle zdesperowany, by zajrzeć również do cyrku.

Nie został przez nikogo zatrzymany i bez trudu odnalazł pokój pełen luster, do którego przed kilkoma dniami przywiodła go Anastazja. Dziś w samotności siedział tutaj Chłopiec w Makijażu, w nienaturalnej pozycji zgięty na krześle, z twarzą ukrytą w dłoniach.

  • Ach, to ty… – podniósł głowę i mętnym wzrokiem spojrzał niechętnie w stronę przybysza. – Ciągle czytasz te swoje książki? Wiesz przecież, że są one jedynie poszukiwaniem początku czy końca tęczy…

  • Ale dzięki nim przynajmniej wiem, czym jest tęcza – Nieznany Chłopiec spróbował się uśmiechnąć, ale jego twarz zdolna była jedynie wykrzywić się w wymuszonym grymasie. – Potrzebuję twojej pomocy. – zdecydował się przejść do rzeczy.

  • Tak?

  • Szukam Anastazji – spojrzał twardo na Chłopca w Makijażu, który zmieszał się niespodziewanie.

  • Ale… ja nie znam nikogo takiego. Pierwszy raz słyszę to imię. – zwierzył się klaun i coś w jego oczach kazało Nieznanemu Chłopcu twierdzić, że mówi prawdę.

  • Przecież spotykałeś się z nią tutaj, miała jasne włosy i… – nie usiłował ukryć wibrującego w jego głosie zdenerwowania.

  • Ach, ona – na twarzy klauna pojawił się rozmarzony uśmiech. – Nie znam jej imienia. Nie wyjawiła mi go. – spuścił głowę na znak bezradności.

  • Ale pamiętasz ją? – pragnął się upewnić Nieznany Chłopiec.

  • Tak, jak mógłbym nie pamiętać… Tydzień temu, gdy przeciskałem się przez tłum ludzi, by dotrzeć tutaj, do namiotu, ona dotknęła mojego ramienia. „Chodź za mną”, powiedziała i zrobiłem to. Spędziliśmy noc nad srebrzystym strumieniem, słuchając chórów żab, wpatrując się w migotliwy księżyc i wymyślając niestworzone historie dla każdej z tych jasnych gwiazd. Następnego dnia musiałem oczywiście znosić krzyki Szefa… – uśmiechnął się jak każdy, komu wspomnienia zapewniają energię do dalszego działania. – Ale co zrobić…ona zniknęła, muszę żyć dalej. Cieszę się, że ją spotkałem, że istnieje… nie wiem jednak, czy mogę powiedzieć, że ją znałem. Nie wiem, czy mogę to powiedzieć o kimkolwiek.

  • Znajdźmy ją – te słowa brzmiały tak pewnie w ustach przybysza, że Chłopiec w Makijażu błyskawicznie wyprostował się na chybotliwym krześle, jakby właśnie usłyszał przeszywający uszy dźwięk gongu alarmowego.

  • anastazja

Dopiero teraz zdając sobie sprawę ze swoich możliwości, wstał i nie mówiąc ani słowa spakował potrzebne rzeczy do plecaka, gotów bez wahania zostawić wszystko, czym dotąd żył i wyruszyć na poszukiwanie tego, co utracił, a więc jedynych obrazów, których był pewien, że są prawdziwe.

  • Idziemy – powiedział krótko i zdecydowanie, zarzucając plecak na ramię.

Adam dziwił się z początku jego zwyczajom, lecz później zaczął je traktować jak swoje własne. Były klaun wiódł awanturnicze życie podróżnika, którego nic nie trzymało na miejscu, przypominał wciąż zmieniającego się kameleona. Skąpo dawkował informacje o swojej przeszłości, które zwykle kłóciły się ze sobą. Roznosił wokół siebie pewien rodzaj dobrej energii. Żył w ciągłym pośpiechu, zbyt nieugięty, by się zatrzymywać. Nieznajomych traktował tak, jakby byli jego przyjaciółmi od samego urodzenia i naprawdę, naprawdę niewiele potrzeba mu było do szczęścia.

Słońce świeciło jasno, a drzewa szumiały, gdy tak podróżowali przez rozległe równiny, raczej odkrywając siebie nawzajem aniżeli cel, do którego zdążali. I choć wiele ich różniło, stawali się sobie coraz bardziej bliscy.

Odwiedzali miasteczka, poznawali ludzi i brali udział w licznych zabawach, mając nadzieję, że w którymś z tych miejsc ponownie objawi im się Anastazja. Tak się jednak nie działo, choć okoliczne kawiarenki wrzały od dyskusji nad tajemnicą, jaką ona wokół siebie roztaczała. Mówiono, iż jest tak niska, że potrzebuje schodków, by sięgnąć klamki. Mówiono, że ciężko pracuje u szewca, usiłując jakoś związać koniec z końcem. Wreszcie mówiono, że jej ojcem był wielki i możny książę, którego jednak straciła w wypadku. Dla większości była samotnym włóczykijem pałętającym się na własne życzenie i choć każdy bardzo ją lubił, nikt nie chciał poznać, kim tak właściwie jest. A narastające zewsząd kłamstwa nijak nie chciały się połączyć w jedną prawdę.

W dniu, gdy rozpoczęli drogę powrotną, przyszedł do nich stary ogrodnik w przekrzywionym kapeluszu, ślepy na jedno oko, twierdząc, że tej nocy w jednej z pobliskich jaskiń widział blask ogniska, który nie pozwalał jego żonie spać przez resztę nocy. Mówił, że poszedł w tę okolicę i zobaczył piękną dziewczynę, która spała w jaskini owinięta kocem. Bojąc się, by jej nie zbudzić, wrócił po cichu do domu i zasnął, starając się zapomnieć o tym, co zobaczył.

Adam oraz Chłopiec w Makijażu wyrazili współczucie jego żonie i ruszyli bezdrożem we wskazanym kierunku, za nimi zaś podążyła reszta osób, które zawdzięczały Anastazji uśmiech na twarzy – choć tylko nieliczni znali jej imię.

Odnaleźli ją, śpiącą w mrokach jaskini. Owinięta była jedynie w koc, wokół niej leżały pojedyncze błyskotki wraz z okruszkami chleba.

  • To mój wisiorek z cykadą, który dostałem kiedyś od dziadka. Zaginął w dniu, gdy odeszła… – złapał się za głowę były klaun.

Naraz rozległy się kolejne szepty ludzi, którzy w jaskini znajdywali swoje zguby. Szepty te zbudziły biedną i niewinną Anastazję, która przecież tylko próbowała przetrwać – teraz rozglądała się dokoła niewidzącym wzrokiem, nie tracąc jednak nic ze swojej zjawiskowej urody. Ostatnie promienie zachodzącego słońca wpadały do jaskini wraz z pohukiwaniem sowy i trzaskiem gałęzi, gdy Adam zbliżył się do Anastazji, pomagając jej wstać. Tak, była złodziejką, ale to nieważne, bo jednocześnie była miłością. Ta miłość również ukradła coś Adamowi, lecz on się tym nie martwił, gdyż to właśnie Anastazja zawierała w sobie esencję życia, samą obecnością tworzyła jego szczęście, jego chwilę tak ulotną i prawdziwą, że aż niemożliwym jest, by kiedykolwiek należała do rzeczywistości.

Nad ranem obudziło go przeciągłe pianie koguta, wiatr wnosił do pokoju błogi zapach szałwii. Gdy sięgnął pod poduszkę, znalazł książkę – była przeczytana, zakładkę rzucił przed snem na podłogę.

I myślał o tym błysku, który pojawił się na nocnym niebie…

Mikołaj Wyrzykowski

Ciąg dalszy nastąpi

anastazja2