Zrządzenie losu no.20 – "Dźwięk i cisza"

  • Och, Gabriel! Czy to naprawdę ty? – ciemnowłosa, opalona dziewczyna rzuciła mi się w ramiona. Zakręciło mi się w głowie od zapachu jej perfum, dłonie zadrżały, kiedy lekko ją objąłem. Gdy się odsunęła, rozpoznałem w niej Claire, dawną przyjaciółkę, która dobry rok temu przeniosła się do innej szkoły. – Tak dawno…co ty tu robisz? – zapytała podekscytowana, lekko przechylając głowę i pokazując rząd białych zębów.

Przez chwilę nie wiedziałem, co powiedzieć – zarysy słów rysowały się w mojej głowie, jednak nie potrafiłem ich urzeczywistnić. Ciepły mrok jak mgła opadał na miasto, a my staliśmy na jednej z ulic, przyciągnięci ku sobie tajemniczym zrządzeniem losu, który zatrzymał nas w płynącym tłumie ludzi.

  • Strasznie się cieszę, że cię widzę. Trochę mi ciebie teraz brakuje. – uśmiechnąłem się nieśmiało. – A myślałem, że o mnie zapomniałaś…
  • Skąd! Jak mogłabym o tobie zapomnieć! – wykrzyknęła oburzona, machając przy tym rękami, przez co uderzyła przypadkowo jakiegoś przechodnia. – Zaczynasz gadać bzdury, więc może lepiej ruszmy się stąd…zaczekaj, nie odpowiedziałeś mi: co ty tutaj robisz?:
  • To samo co ty – mrugnąłem do niej.

Przez chwilę patrzyła na mnie badawczo, po czym na jej twarzy pojawił się blask zrozumienia.

  • A więc chodźmy! – pociągnęła mnie za ramię i kiedy tak szukaliśmy swojej drogi w tłumie ludzi, przez głowę przebiegały mi różne wyobrażenia najbliższej przyszłości i wiedziałem już, że tej nocy jestem stracony.

Po schodkach zeszliśmy do podziemi, pokazaliśmy strażnikom bilety i w ten sposób znaleźliśmy się na terenie klubu. Kolorowe ściany pulsowały w rytm muzyki, a poruszające się światła gorącym żarem rozpalały twarze kręcących się tutaj osób, którym Claire machała przyjaźnie, a które ja również powinienem był znać. Skierowaliśmy się do sali tanecznej, gdzie huczała muzyka i roztańczone światełka skakały po ścianach, powiedziałem jednak Claire, że nie mam ochoty teraz tańczyć, wolałbym raczej porozmawiać. Ona popatrzyła na mnie ze zrozumieniem i razem przeszliśmy do cichej i prawie pustej sali, gdzie usiedliśmy na kanapie. Kiedy jeszcze byliśmy w tej samej klasie, często w najbardziej niewłaściwych okolicznościach rozpoczynaliśmy rozmowy o naszych przeżyciach, innych ludziach, o miłości. Oboje byliśmy romantykami, szukającymi potwierdzenia, ze to, w co wierzymy, istnieje naprawdę.

  • Chciałbyś mi opowiedzieć jakąś historię? – jej głos był mocny i pewny, ale zarazem bardzo bliski, jak głos przyjaciela, któremu zawsze można ufać.
  • Historię o tym, co było już dawno i jest nieprawdą?
  • To zawsze jest prawda, cokolwiek ludzie mówią, cokolwiek robią – odparła Claire.

Napięta i drżąca powierzchnia ciszy uformowała się między nami, przez chwilę trwaliśmy w ognistym spojrzeniu. Claire czekała na moje słowa. Zaczerpnąłem tchu i na chwile spojrzałem na roztańczony tłum, by znów powrócić do mojej dawnej przyjaciółki, otworzyć się dla niej jak kwiat, jak trąbka przekształcić nieme powietrze w dźwięk.

  • Byłem szalenie zakochany i wydawało mi się, że Celine również. Znasz ją, prawda? Musisz ją pamiętać. Więc wszyscy dokoła mówili, że jesteśmy sobie przeznaczeni. Tymczasem, kiedy się z nią umówiłem, ona nie przyszła. Wyobrażasz sobie? Nie przyszła! Jeszcze dzień wcześniej opowiadała mi coś o miłości, a potem nie przyszła, nie wiedzieć czemu. Kiedy zapytałem tydzień później, czy chce się ze mną spotkać, ona odpowiedziała : „nie wiem”. Mam wrażenie, że coś zepsułem i przez to jestem teraz przegrany. Co o tym myślisz, Claire? – mówiąc to wszystko, zdałem sobie sprawę, jak jestem załamany i że trzymam się tylko dzięki głupiej wierze, że jeszcze będzie w porządku.

Claire na długą chwile przymknęła oczy, jakby schodziła w głąb siebie, szukając tam odpowiedzi. Gdy ponownie je otworzyła, przypominały oczy kota – były jak dwa bursztyny zatopione w ciemności.

  • Skąd wiesz, że nie wmówiłeś sobie tego wszystkiego? Skąd wiesz, co jest prawdą, czego możesz być pewny?

Milczałem. Przeszyła mnie bolesna prawda, że nawet ktoś wyjątkowy może wszystko zepsuć. Można stracić wielką szansę. Są takie autobusy, na które trzeba zdążyć, które nie będą czekać. Ludzie mają humory, to normalne. Normalne? Co to znaczy normalne?

Nie słuchałem teraz Claire, nie przywiązywałem wagi do jej słów. Tonąłem w beznadziejności życia, jak Werter z manierami smakosza delektując się swoim cierpieniem.

  • Potrafimy zmarnować największe miłości. A wiesz dlaczego, Claire? Bo jesteśmy idiotami. – wyrzuciłem z siebie słowa, które ostatnimi dni tak rozcinały mi serce. Głośno oddychałem.

Minęło zaledwie parę minut. Tłum szalał w oceanie świateł, dymu i muzyki, a my istnieliśmy gdzieś indziej, w delikatnym świecie pełnym baniek mydlanych, które podziwialiśmy i których jednocześnie baliśmy się dotknąć.

Claire zaczęła mówić.

  • Ja również zostałam oszukana. Pamiętam, jak Henry jednego dnia powiedział, że jestem dla niego najważniejsza, a nawet się ze mną nie przywitał, kiedy mnie zobaczył. „Nie wiem”, odpowiedział tak samo, gdy go zapytałam, kim dla niego jestem. Jakie to straszne słowa. Każdy je słyszał. To takie smutne, Gabriel, takie smutne…wiesz może, co robić? Znasz rozwiązanie? – wysoko uniosła brwi. Widziałem, jak tłumi w oczach łzy.

Nie, nie znałem rozwiązania. Byliśmy uczestnikami gry, której zasad nie znaliśmy i w której nigdy do końca nie wiedzieliśmy, co możemy stracić, a co osiągnąć – była to gra, która nieustannie się zmieniała i w której niczego nie można było być pewnym. Błąkaliśmy się więc, mogąc sobie tylko wyobrażać, że labirynt jest lub go nie ma: oba wyobrażenia były iluzją.

Chciałem jakoś podnieść Claire na duchu, ale to ona nagle zerwała się z kanapy. Z nową energią i błyskiem w oku, jak nowo narodzona.

  • Chyba już wystarczy nam tej rozmowy, nie sądzisz? Wystarczy przeszłości. Może chciałbyś ze mną zatańczyć? – wyciągnęła ku mnie dłoń. Zauważyłem pierścionek z symbolem cykady, który miała założony na palec.

W tym momencie poczułem ból, głęboki ból gdzieś w środku mnie. Dotarła do mnie cała ulotność tej chwili, dotarło do mnie, jak niewiele znaczę. Przez chwilę ogarnęło mnie uczucie nijakości życia, miałem ochotę również kłamać i poddać się tej pladze obojętności, która rozprzestrzenia się niezauważenie – tonąłem, tonąłem, tonąłem…

  • Nie wiem, naprawdę nie wiem – odpowiedziałem, lecz już po chwili Claire wciągnęła mnie w wir zabawy. Jej twarz, czarująca jak sen, pojawiała się i znikała w roztańczonym tłumie, a ja bawiłem się, szalałem, żyjąc tu i teraz, tylko dla tej chwili, i dziękując Bogu za to, jak piękne jest życie.

Mikołaj Wyrzykowski

(Nico Cigale)

Ciąg dalszy nastąpi

Aby zamówić tę lub inną moją książkę, wystarczy skontaktować się ze mną przez mikiotor@gmail.com lub Facebook.