Zrządzenie losu no.21

10 sierpnia

Często zachodziłem do dziadka Bapiste’a. Otwierałem furtkę do jego małego ogródka, a on wstawał z krzesła opierającego się o mur porośnięty winoroślą i witał mnie z uśmiechem, tak jakby właśnie na mnie czekał. Zapraszał mnie, bym usiadł razem z nim, zaraz potem przynosił pastisa wymieszanego z chłodną wodą i kostkami lodu. Rozmawiałem z nim w zaciszu jego domu, wymieniając spostrzeżenia na temat dojrzewających winogron i opowiadając mu o polskiej kuchni – był zafascynowany kuchnią. Poza tym, dzięki rozmowom z nim uczyłem się francuskiego: nie chciałem już być ofiarą kolejnych głupich żartów Julii, która przy wejściu do piekarni, wiedząc, że nic nie rozumiem, chciała, bym powiedział: „Trente baguettes, s’il vous plait”. Teraz już nie dawałem się na to nabierać i od tej pory nauczyłem się mówić całkiem płynnie po francusku, choć mimo to sprzedawczyni w piekarni wciąż patrzyła na mnie jakoś dziwnie po owym zdarzeniu.

Nigdy nie poznałem imienia dziadka Baptiste’a, ani on mojego – nie rozmawialiśmy raczej na tematy osobiste, chociaż bardzo się do siebie zbliżyliśmy, tak jak wnuk potrafi się zbliżyć do dziadka. Pewnego razu rozmawialiśmy bardzo długo i przyszła mi myśl, by zapytać o zeszyt z wierszami znaleziony w garażu oraz starą książkę kucharską, ale zaraz zrezygnowałem z tego pomysłu, sam nie wiem czemu. Nasze rozmowy były bardzo proste, jak to rozmowy podczas południowej przerwy obiadowej. Przychodziłem do niego około 13, a on wtedy leżał wyciągnięty na swoim krzesełku. Nie mogłem zrozumieć, jak można nic nie robić, zupełnie niczym się nie zajmować.

  • Ależ ja jestem bardzo zajęty – odpowiadał wtedy dziadek Baptiste’a. – Mam sjestę po obiedzie.

Kiedy później, podczas pracy, czasem zachodziłem do jego ogrodu, on wciąż siedział na krześle i obserwował, co się dzieje na winnicy – moim zdaniem nie było tu wiele do obserwowania przez tak długi czas, ale on twierdził inaczej. Nigdzie się nie spieszył. Bywało tak, że spacerował po winnicy, klepiąc nas po plecach i mówiąc: „Doucement, doucement”. Nie potrafiłem jeszcze sam uzyskać jego spokoju, jego prawie całkowitego oswojenia czasu, który u mnie był lwem zamkniętym w klatce. Kiedyś zapytałem go, co tak właściwie robi popołudniami, siedząc na krześle w ogrodzie.

  • Jak to co? – odparł, szczerze zdziwiony. – Odpoczywam po sjeście.

W tym czasie Robert coraz intensywniej myślał, co będzie robił, gdy już wrócimy do Polski. Uspokajałem go, mówiąc, że teraz nie jest czas na zamartwianie się tego typu sprawami, ale na niego to nie działało. Julia natomiast była radosna, aż nazbyt radosna: nie było po niej widać żadnych śladów ostatniej rozpaczy w La Madrague, choć nadal zdawało mi się, że jej wybuchy radości są tylko zimnymi ogniami płonącymi przez chwilę pośród bezkresnej nocy. Wciąż zaniepokojony tym, co mi wtedy powiedziała, zapytałem, jak się trzyma ze zdrowiem.

  • Wszystko dobrze. A dlaczego pytasz? – odparła zdziwiona.

  • Mówiłaś mi, że jesteś chora i…

Popatrzyła na mnie, jakby nie zrozumiała, co przed chwilą powiedziałem.

  • Nic takiego nie pamiętam? Kiedy to było?

Trochę uspokoiły mnie jej słowa, choć wciąż nie wiedziałem, że mogę się po niej spodziewać. Teraz, gdy piszę ten notatnik, Julia jest w szpitalu: z początku byłem rzeczywiście przerażony, lecz po paru dniach okazało się, że to nic poważnego. Julia wtedy, na La Madrague, po prostu przesadziła: było to dla niej normalne, zwykle za głośno się śmiała lub zbyt mocno płakała.

Myślę, że w tamtym trochę tęskniliśmy za domem, choć oddalał się od nas jak balon unoszący się ku niebu, stawał się coraz mniej rzeczywisty. Było w tym coś dobrego: uwolniliśmy się od tego, co nas dręczyło, od krzywych spojrzeń, iluzji zakradających się do różnych pokoi w naszych sercach i własnych ograniczeń. Byliśmy poza tym wszystkim, docierając bardzo blisko do źródła wolności i radości życia, którego zawsze tak intensywnie szukaliśmy.

  • Karol, a ty wiesz, jak wygląda Niebo? – zapytała mnie kiedyś Julia.

  • Może to właśnie nasze Niebo? – odpowiedziałem jej pytaniem.

Lubiłem myśleć w ten sposób. Niektórzy mówili, że czekają wytrwale, aż w Niebie będą mogli w pełni cieszyć się życiem, robić wreszcie to, na co naprawdę mają ochotę – ale ja nie chciałem czekać. Wolałem robić to tu i teraz – i choć wiedziałem, że i tak zostanę zapomniany, pragnąłem już teraz zacząć swoją wieczność.

W poniedziałek wyruszyliśmy w podróż. Na winnicy nie było już pracy – czekaliśmy na winobranie, które miało się zacząć pod koniec sierpnia i na które zamierzaliśmy wrócić. Pożegnaliśmy się więc poprzedniego dnia z Baptistem i z samego rana wyruszyliśmy, by, jak to określił Robert, w pełni poznać swoją miłość do Prowansji.

Pojechaliśmy do Awinionu, gdzie Julia zaproponowała mi, bym kiedyś napisał opowiadania o różnych mostach na świecie. Powiedziałem, że to super pomysł i na pewno spróbuję go zrealizować. Szczerze mówiąc, sam Awinion nie wywarł na mnie wielkiego wrażenia: wolę małe, urokliwe miasteczka, które niczym korony zostały postawione na szczytach zielonych wzgórz. Czuję się w nich o wiele lepiej.

Wieczorem tego samego dnia zajechaliśmy na teren winnicy w Chateneuf du Pape: właścicielem był znajomy Baptiste’a i zgodził się, byśmy rozbili u niego namiot. Winnica ta produkuje wino ze słynnej, starej apelacji Chateneuf du Pape, przywodzącej na myśl czasy, gdy w tej okolicy mieszkali papieże. Winorośle rosną tutaj na kamienistej ziemi, która to właśnie dała niezwykły smak winom tej apelacji – kamienie w ciągu dnia pochłaniają ciepło, by oddać je winorośli podczas nocy. Wytwarza się tutaj klasyczne wino Chateneuf du Pape składające się z aż 13 różnych szczepów winorośli. Jako jedna z nielicznych winnic w tej okolicy produkuje ona również wino metodą antyczną – podlega ono naturalnej fermentacji.

Châteauneuf-du-Pape

Damien, właściciel winnicy, zaprosił nas na degustację. Weszliśmy do chłodnego wnętrza, gdzie na ścianach wisiały stare, rodzinne portrety. Na barku stało w rzędzie kilka butelek wina czerwonego, a Damien przyniósł jeszcze trochę białego.

  • Najpierw spróbujemy czerwone z dwóch szczepów, potem z czterech, ośmiu i trzynastu, a także wytwarzane metodą antyczną. Kiedy skończymy, możemy jeszcze porównać z jakimś innym rocznikiem, po czym przejdziemy do białego. – zapowiedział, a nam na samą myśl zakręciło się w głowach. Degustowaliśmy wszystkie po kolei, a on z pasją, niezwykle poetyckim językiem opowiadał o smaku swoich win. Słuchałem go z uwagą, choć zaczynało mi już lekko szumieć w głowie. Powróciłem do swojego ciała, gdy dostrzegłem butelkę wina czerwonego stojącą za plecami właściciela.

  • Czy to rocznik 1997? – upewniłem się, czy dobrze widzę.

  • Tak – odparł Damien. Dreszcz przeszedł mnie po plecach – było to wino z roku, w którym się urodziłem. – Inne wina z tego roku nie wyszły, ale to jest wyjątkowe. Dużo wtedy padało, bardzo dużo. Wino ma niezwykle charakterystyczny smak. Jest przesiąknięte grzybami. – opowiadał właściciel winnicy. – Chcesz spróbować?

W milczeniu kiwnąłem głową, lekko oszołomiony. Damien otworzył butelkę, z przyjemnością powąchał korek i nalał wszystkim do kieliszków tego ciemnoczerwonego, gęstego trunku. Powąchałem wino i rzeczywiście poczułem zapach grzybów. Gdy wypiłem pierwszy łyk, wiedziałem już, jak smakuje moje siedemnaście lat: w tej butelce zamknięte zostało powietrze, jakie unosi się w lesie po deszczu, zawierające w sobie świeżą woń grzybów i ziemi. Pomyślałem, że to wino czekało na mnie: dojrzewało razem ze mną, byśmy teraz mogli się poznać.

  • C’est magnifique – wyraziłem swój podziw. Nigdy nie piłem wina o tak charakterystycznym smaku. Damien jeszcze nie zdążył mi podziękować, gdy wtrącił się Robert.

  • Nous voudrions acheter cette bouteille – powiedział, a w jego głosie nie słychać było nuty zawahania. Był zdecydowany jak nigdy.

Odwróciłem się do niego, wzburzony. Chciałem mu przypomnieć, że stracił pracę i że nie mamy pieniędzy – wtedy jeszcze myślałem, że to ma wielkie znaczenie, ale tego samego wieczoru zrozumiałem, że wcale nie chodzi o pieniądze.

  • Nie możemy tego kupić, Robert. To może kosztować fortunę!

On zbył mnie machnięciem ręki.

  • Daj spokój, stary. Nie oszczędzaj na życiu.

Miał rację – pieniądze nie miały tu żadnego znaczenia. Kupiliśmy butelkę czerwonego wina rocznik 1997, a Damien wręczył nam jeszcze tę otwartą, mówiąc z uśmiechem, że to na dobry wieczór. Potem pożegnaliśmy się z nim, włożyliśmy jedną butelkę do namiotu, a z drugą, otwartą, spacerowaliśmy po winnicy, pociągając co chwila łyk, podczas gdy zachodzące słońce głaskało na dobranoc zielone liście winorośli. Czułem się naprawdę szczęśliwy.

  • Zostańmy tu na dłużej – zaproponował niespodziewanie Robert.

  • Dlaczego?

  • Wiecie, chciałbym mieć taką winnicę. Naprawdę bym chciał.

  • I dlatego chcesz zostać?

  • Damien wspomniał, że ma osiemnastoletnią córkę. I… – nie zdążył dokończyć, ponieważ parsknęliśmy z Julią śmiechem. Robert spojrzał na nas poważnie, lecz zaraz potem zaczął się śmiać razem z nami.

Châteauneuf-du-Pape

Nim zasnęliśmy, jak co wieczór wymieniliśmy się jeszcze myślami z minionego dnia. Powiedziałem, że myślę, iż nie trafiliśmy tutaj przez przypadek. Przypomniałem sobie wtedy dziewczynę, która mi się śniła, i dodałem, że tak, wierzę, w cuda. Wierzę, że wciąż umieramy i na nowo się rodzimy, jak feniksy powstając z popiołów. Wierzę, że nasze życie przypomina życie dzieła sztuki: to obraz malowany na chodniku przez ulicznego artystę, zawsze zagrożony deszczem, który niespodziewanie może nadejść. Jak cykady niekiedy cichniemy, nagle, w połowie pieśni, ale potem znów przychodzi czas muzyki. I tak, każdy z nas ma własne życie, ale są też inni, których spotykamy w podróży, nie przez przypadek: jesteśmy my, są oni, ale jest coś jeszcze. Wierzę, że jest coś jeszcze.

Mikołaj Wyrzykowski

(Nico Cigale)

Ciąg dalszy nastąpi

Aby kupić tę lub inne moje książki, zapraszam na www.rudysmok.pl