Zrządzenie losu no.16 – "Obraz w zielarni"

22 lipca

Kiedy jeździliśmy nad morze rowerami, ulicą co chwila przemykały skutery, manewrując między ciężkimi i wolnymi samochodami. Julia upodobała sobie zwłaszcza Vespę w kolorze czerwonym i pewnego dnia powiedziała, że marzy, by ją kupić.

Robert zabrał więc gitarę, ja wziąłem tamburyn i pojechaliśmy do miasteczka Le Castellet, gdzie Julia śpiewała swoje ulubione, stare piosenki francuskie. Bawiliśmy się świetnie. Zebrało się również kilku chłopaków, którzy tańczyli do naszej muzyki, ale niestety zebranych pieniędzy nie mogło wystarczyć na czerwoną Vespę.

  • Kupimy sobie churrosy – powiedział pocieszająco Robert i bałem się, że doda jeszcze „może tak właśnie miało być”.

Spakowaliśmy z powrotem instrumenty i postanowiliśmy poznać Le Castellet.

castellet5

Było to miasteczko artystów, które od razu pokochaliśmy, spacerując jego uliczkami nie po to, by dokądś dotrzeć, ale dla samej przyjemności spacerowania. Odwiedziliśmy liczne pracownie artystów: malarzy, rzeźbiarzy, muzyków. Z głębi swego sklepu uśmiechał się do nas Francuz oferujący bogactwo przypraw, a na ulicy malarka wystawiła właśnie sztalugi, by rozpocząć tworzenie nowego dzieła. Przymierzaliśmy lniane, prowansalskie koszule i sukienki powiewające na wietrze, zajrzeliśmy do cukierni, gdzie posmakowaliśmy robionych z marcepanu piesków. Najdłużej zatrzymaliśmy się w perfumerii, której właścicielka oczarowała nas magią zapachów. Jej oczy iskrzyły się, gdy o nich opowiadała. Mówiła, że u niej w domu wszystko ma swój zapach: łóżko pachnie zieloną herbatą, kanapa cedrem, a wnętrze samochodu arbuzem. Kręciło mi się w głowie, gdy kupowałem perfum lawendowy, myśląc o tym, że będzie mi on przypominał Prowansję w tym czasie, kiedy już wrócę o domu.

W Le Castellet pojawiliśmy się jeszcze raz, by uczestniczyć w Le Nuit de Conte. Był wtedy wieczór. Mroki nocy zdążyły już ogarnąć zbocza porośnięte polami winorośli, cyprysowe dróżki i aleje oliwne, lecz plac zamkowy w sercu miasteczka błyszczał niczym pojedyncza gwiazda, która spadła w otchłań oceanu. Mieszkańcy zebrali się tutaj, by obserwować trzech mężczyzn, którzy wyszli na scenę w ciszy i tę ciszę przekształcili w coś niepowtarzalnego, pantomimą wprowadzając ludzi do swojego świata. Narrator zaczął opowiadać bajkę, towarzyszyła mu muzyka gitarzysty, której nuty zdawały się nie dochodzić z gitary, ale spływać prosto z nieba miodowym potokiem i wpadać za okiennice, do grządek z kwiatami, ogarniając całe miasteczko, by poruszyć jego zbiorową wyobraźnię.

castellet2

Słuchając występu, uświadomiłem sobie, jak dawno sam nic nie stworzyłem. „No cóż”, powiedziałem sobie, „Skupiłem się na przeżywaniu”. Potem jednak dotarło do mnie, że wszystko, choć piękne, wcześniej czy później zostaje zapomniane. Ogarnęło mnie pragnienie, by jakoś temu zapobiec i utrwalić chwile, która tak szybko mijały – kiedy wróciliśmy do domu, Julia i Robert poszli spać, a ja przy zapalonej lampce zacząłem przenosić się w fascynujący świat kobiety, którą tego samego dnia spotkałem w Le Castellet.

Obraz w zielarni

Cykady przestały śpiewać swoją pieśń. Zapadła cisza. W oknach domów kolejno gasły światła. Wiatr przechadzał się uliczkami Le Castellet, powoli i spokojnie, zbierając porzucone płatki kwiatów i unosząc je ku górze, w kierunki gwiazd. Drzewa zamarły, jakby również zasnęły. Powietrze stawało się bardziej rześkie, lekkie i świeże, oczyszczało się z hałasu dnia, gwaru rozmów i ciężaru kroków, w nocnym powietrzu krążyły duchy przeszłości i wizje tego, co nieznane, odchodząc w niepamięć lub rodząc się w świetle dnia. Kilka kotów włóczyło się po ciemnych zaułkach, reszta mieszkańców śniła lub była u progu snu. W Le Castellet brakowało tylko kilkunastu minut do północy.

castellet4

Isabelle siedziała na kanapie. Była sama, oddychała powoli. Pojedyncza lampka zaglądała jej przez ramię, oświetlając list, który trzymała w dłoni. To był ważny list. Powinna go już przeczytać dawno temu, ale paraliżował ją strach. Wiedziała, co może być w tym liście, tak jakby delikatnymi palcami wyczuwała pismo w środku papierowej koperty. Wiedziała, i dlatego też się bała. Nie mogła jednak dłużej zwlekać. Szybkim ruchem rozdarła kopertę, wzięła głęboki oddech i zaczęła czytać.

Po kilku minutach odłożyła list. Położyła go na stoliku, ale pragnęła, by znalazł się daleko, daleko, najdalej, odleciał gdzieś i żeby wszystko było nadal tak, jak wcześniej. Tak jak wcześniej, czyli w porządku. W porządku? Co to znaczy „w porządku?” To takie głupie.

Świat Isabelle stanął nad przepaścią. Od kilku lat prowadziła zielarnię, była to jej praca i sposób na przeżycie. Co prawda nie cieszyła się zbyt dużą popularnością, lecz czasem ktoś tam przychodził, a ona mogła siedzieć w środku cały dzień i oszukiwać czas. Mówiła sobie, że to dobrze. Ma co robić, zarabia pieniądze. Rodzice też mieli swoje zielarnie i wszystko było u nich w porządku. Tak, w porządku. Jak ona nie cierpiała tego słowa.

Okazało się, ze zielarnia nie przynosi wystarczających zysków. Isabelle od kilku miesięcy nie płaciła czynszu. Właściciel domu, który wynajmowała, napisał, że jeśli w ciągu tygodnia nie zapłaci należnej sumy, może się pożegnać z zielarnią. I pewnie tak się stanie. Co zrobić. Jakoś będzie mogła żyć dalej, jej mąż dobrze zarabiał. Będzie żyła, tak, ale stanie się nikim, gdyż przeznaczenie bycia zielarką, w które tak długo wierzyła, nagle pryśnie jak bańka mydlana.

„To nic takiego”, mruknęła, zapadając się w miękkiej sofie, jak każdy, kto właśnie stoi przed jedną z najważniejszych decyzji w życiu.

Nazajutrz wcześnie rano, przy filiżance kawy zbożowej, pomarańczy i kawałku pulchnego pieczywa z miodem, Isabelle przeglądała w myślach najbardziej pamiętne dni swojej pracy, niczym kolejne kartki w zakurzonym albumie z fotografiami.

castellet3

Nikt już nie zajmował się zielarstwem, nie wierzył w to, tak jak Isabelle. Miała jedynie trzech klientów – swoich przyjaciół – lecz czuła, że powinna kontynuować swoją pasję. Czuła to, dopóki coś w niej nie pękło, budowany długo porządek świata runął pod wpływem otrzymanego listu. Potrafiła jednak nadal trzymać się kurczowo pasji zielarstwa, jak ostatniej gałęzi przy brzegu rwącej rzeki, czerpiąc siły ze słów, które tak długo powtarzali jej rodzice.

Jedną ze scen z dzieciństwa, które wciąż bardzo wyraziście pamiętała, był spacer po łące. Pamiętała, jak biegała pod błękitnym niebem, a jej uśmiech znaczył wtedy tyle, co światło słońca. Pamiętała, jak schylała się, by zbierać kwiaty i różne zielone roślinki w bukiet, wdychała mocno z pragnieniem, by ich zapach zaczął krążyć w jej ciele, a potem wyrzucała bukiet w górę, na wiatr. Mama patrzyła na to, stojąc obok i uśmiechając się. „Powinnaś zostać zielarką”, powiedziała wtedy po raz pierwszy.

Później, razem z tatą, zaczęli to częściej powtarzać, a Isabelle naturalnie szła tą drogą, wierząc im na słowo. Podobnie mówili jej przyjaciele, aż ona sama zaczęła marzyć, by zostać zielarką, opiekować się ziołami i przekazywać ich magię w ręce innych ludzi, według tego marzenia zaczęła kreślić swoją przyszłość, powtarzając to sobie tyle razy, aż została jej tylko ta jedna droga. Jej marzenie w końcu stało się rzeczywistością, Isabelle nie dostrzegała jednak tego tajemniczego, prawie oślepiającego blasku, którym wyobrażała sobie, że będzie się karmić po założeniu zielarni. Nie, to było coś zupełnie zwyczajnego, lecz po roku przyzwyczaiła się do tego, że siedzi w czterech ścianach, czekając na klientów, którzy nie przychodzą, a dni zlewają się w coś ogromnego, pustego i nijakiego. Czasem tylko brała ją przedziwna tęsknota – kierowana tajemniczym tchnieniem, kupowała wtedy pędzel, płótno, farby oraz sztalugę i malowała obrazy.

Le Castellet

Jej mąż zajmował się, jak sam to nazywał, „poważniejszą pracą” – lecz nie skutkowała ona większymi zyskami, a jedynie późnymi powrotami do domu. Kiedy miał wolną chwilę, uwielbiał przyglądać się, jak Isabelle maluje: uspokajały go wolne pociągnięcia pędzlem, kochał to skupienie na jej twarzy i błyszczące oczy, to, jak jaśniała, stojąc przed sztalugą. Była jakby inną, szarą i zwykła osobą, kiedy opowiadała mu o właściwościach leczniczych różnych ziół.

Ich dom był pełen obrazów. Ktokolwiek tu wchodził, wpadał w zachwyt, lecz Isabelle wmawiała im, że dostała te obrazy w spadku. Nie zamierzała się do nich przyznawać – była przecież zielarką.

Jeden obraz, przedstawiający zakochaną parę, która kryje się przed deszczem pod parasolką wymalowaną w kolorowe, jakby mityczne cykady, idąc uliczką Le Castellet, ten jeden obraz wisiał w zielarni. Isabelle wpatrywała się w niego całymi godzinami, aż stał się dla niej światełkiem w tunelu, do którego podświadomie zaczęła dążyć.

Isabelle nie mogła już dłużej wytrzymać w samotności ze swoimi myślami. Dokończyła śniadanie, wstała z krzesła i nie zabierając nic ze sobą, wypadła na ulicę, gdzie powitały ją złote promienie słońca, niosące se sobą dumę winorośli i spokój drzew oliwnych. Dopiero tam zdała sobie sprawę z tego, co zrobiła, złapała się więc za głowę i natychmiast wróciła do domu, starannie układając rozrzucone przedmioty, należycie się przygotowując i wychodząc ze złożoną przed lustrem obietnicą, że będzie się na przyszłość pilnować przed wpływem podobnych impulsów. Skierowała się w stronę domu przyjaciółki, która najlepiej ją rozumiała – może dlatego, że żyła w zupełnie innym świecie.

Joanne siedziała w jednym ze swych najbardziej nietypowych miejsc, przyjmując tym samym jedną z najbardziej nietypowych pozycji.

  • Ach, to ty! Co za szczęście! – zerwała się, jednocześnie potrącając szafkę, z której spadł piękny, fajansowy dzbanek. Nie zwracając na to najmniejszej uwagi, przywitała się energicznie z Isabelle. – Ależ ty smutno wyglądasz! – dodała, robiąc również smutną minę.

  • Chcę ci coś…

  • Nie, poczekaj! – przerwała jej nagłym gestem Joanne, chwiejąc się przy tym niebezpiecznie. – Najpierw napijmy się herbaty. – oznajmiła powoli i wyraźnie, z naciskiem na ostatnie słowo. Joanne była jedyna w swoim rodzaju, mówił to każdy, kto ją znał, a raczej ten, kto twierdził, że ją zna,

Isabelle zgodziła się, przewracając oczami i mówiąc sobie po cichu, że herbata to najgłupszy możliwy pomysł, kiedy tak jak tego dnia żar lał się z nieba. Joanne klasnęła z radością w dłonie, poprawiła swoją krótką fryzurę i założyła perłowy naszyjnik i kolczyki, używane specjalnie do picia herbaty. Zaprowadziła przyjaciółkę do ogrodu, gdzie, zgodnie z rytuałem, odczekały równe trzy minuty po wlaniu wrzątku do filiżanek, następnie pomieszały wolnymi ruchami, pięć razy w prawo i tyle samo w lewo, stuknęły srebrnymi łyżeczkami o naczynie i wypiły gorący napój, głośno przy tym siorbiąc – tak cudownie prymitywnie.

  • Teraz możesz mówić – Joanne wyprostowała się, splatając dłonie na nieodłącznym notatniku i wkładając ołówek za ucho. Była poetką, a przynajmniej za taką się uważała, myśli mając tak bogate, że wprost niemożliwym było odzwierciedlić je na papierze.

Isabelle poprosiła, by Joanne siedziała przez chwilę cicho i tak też się stało. W miarę rozwoju opowieści przyjaciółki coraz bardziej poważniała, a gdy jedynym dźwiękiem, jaki dochodził do ich uszu, pozostała tylko muzyka cykad, Joanne odezwała się.

  • Wiesz, życie nie jest takie łatwe i… – nagle zamilkła, jak ktoś, kto czuje, że za chwilę może zdradzić swój sekret. Choć siedziała wciąż w tym samym miejscu, teraz oddalała się, zapadała coraz bardziej w głąb siebie, niezdolna wykrztusić z siebie ani słowa więcej. Cisza trwała kilka minut.

  • Chyba muszę już iść – powiedziała Isabelle, wstając z krzesła. Trochę się zawiodła. Była teraz życiowym rozbitkiem i miała nadzieję, że tutaj znajdzie swój ląd.

  • Poczekaj, poczekaj chwilę! – Joanne krzyknęła za nią. Isabelle odwróciła się przez ramię. – Masz w domu przepiękne obrazy. – powiedziała to w taki sposób, by stało się zupełnie jasne, że rozumie, że wie i że wierzy w Isabelle, wierzy, że jest ona prawdziwą malarką i bycie malarką powinno być jej drogą.

Zielarka przez chwilę utrzymywała z nią kontakt wzrokowy, milcząc. Następnie odwróciła się i skierowała z powrotem do domu.

castellet7

Dzień minął jej jak każda inna niedziela, gdy uroczysty dźwięk dzwonów niesie się po ulicach, którymi idą ubrani w biel mieszkańcy miasteczka, miło ze sobą gawędząc. Wieczorem Isabelle wybrała się na samotny spacer z nadzieją, że noc ukoi jej lęki i po sznurku zaprowadzi do wyjścia z tego labiryntu.

Tego wieczoru śpiew cykad trwał bardzo długo. Isabelle obserwowała sierpowaty księżyc, który wzniósł się ponad barwnym niebem, malowanym lawendą, ochrą i delikatnym różem. Docierało do niej mnóstwo zapachów, lecz ona miała ich już dość, miała dość tego wszystkiego, chciała dokądś uciec, stać się kimś innym gdzieś indziej. Wmawiała sobie, że musi być zielarką tak długo, aż nie pozostanie jej żadne inne wyjście. Przecież była zielarką. To właśnie to, co powinna robić. Tak zawsze wszyscy mówili. Lecz teraz już nie wiedziała, nic nie wiedziała, została rzucona w pustkę. I, by jakoś ją zapełnić, wyobrażała sobie, że maluje na płótnie to niebo, które teraz odnajdywało siebie w jej nefrytowych oczach.

Kolejne dni spędziła w zielarni, zagubiona pośród setek zapachów i regałów z ziołami, które sprawiały, że czuła się bezpieczna, mogąc trzymać na smyczy wytwory swojej wyobraźni i mówić sobie, że wszystko jest w porządku. Jako że nikt nie wchodził do środka, Isabelle bez przerwy wpatrywała się w swój obraz wiszący na ścianie, jedyny obraz pośród tylu ziół.

castellet1

Następnego dnia obraz zniknął. Isabelle wpadła w panikę. Pobiegła do męża, by zapytać go, czy coś o tym wie, lecz on pokręcił tylko głową, wyrażając w ten sposób swoje niedowierzanie. Isabelle wypytywała wszystkich znajomych, ale nikt z nich nie wiedział o obrazie i nie rozumiał, dlaczego jest dla niej taki ważny, skoro dostała go w spadku i zawsze powtarzała, że jest jej obojętny. Tak, doskonale potrafiła kłamać. Często oszukiwała nawet samą siebie.

Zgłosiła kradzież na policję. Po tygodniu została wezwana informacją, że złapali sprawcę wraz z obrazem.

Stanęła przed młodym mężczyzną, w mokasynach i kapeluszu panama. Uśmiechał się niewinnie. Isabelle nie mogła zrozumieć, dlaczego wszedł do zielarni i zamiast ziół, ukradł właśnie obraz. Spojrzała na niego pytająco.

  • Przepraszam. To była najcenniejsza rzecz, którą tam znalazłem. – odpowiedział. W jego głosie brzmiał podziw. – Czy to pani namalowała? Jest pani malarką?

  • Tak – powiedziała Isabelle po chwili zastanowienia.

Dziś, jeśli będziesz przechodził tą ulicą, zobaczysz kobietę malującą w swej pracowni, do której co chwilę zaglądają turyści, by zachwycać się jej dziełami; a sama malarka stoi przed sztalugą, z pędzlem w dłoni i wydaje się, jakby cała jaśniała, a jej uśmiech znaczył tyle co światło słońca.

Mikołaj Wyrzykowski

(Nico Cigale)

Ciąg dalszy nastąpi

Jeśli ktoś chciałby zamówić tę lub inne moje książki, wystarczy skontaktować się ze mną przez mikiotor@gmail.com lub Facebook.