Zostali wezwani na miejsce w godzinie, której nikt się nie spodziewał. Spakowali prędko najważniejsze rzeczy do swoich walizek: wspomnienia, nadzieje, korowody wszystkich dni, które za sobą ciągnęli, niczym pociągi towarowe, które z głośnym stukotem kół jadą w mglistą przyszłość. Zapadał wieczór, ciepły i gęsty od kłębiących się ciemności. Latarnie świeciły nienaturalnym blaskiem na rogach ruchliwych ulic, jak gwiazdy niedbałym ruchem ręki strącone na ziemię.

 

Prowadzeni przez skrzypka w połatanym kapeluszu, przyszli na duży, prawie pusty parking, zewsząd otoczony bladymi światłami jarzących się neonów. Czerwony autobus już czekał, kierowca, wypalając ostatniego papierosa, pukał nerwowo palcem w zegarek. W jeden z tych normalnych wieczorów wielkiego miasta ludzie przychodzili i przychodzili – każdy co chwila oglądał się za siebie i obserwował innych, by upewnić się, że nie jest sam. Byli w różnym wieku, lecz mieli takie same walizki, bardziej lub mniej puste – nikt nie wiedział, co robić, by się spakować, nikt nie był do końca przygotowany, choć wiedzieli o tej podróży. Wkrótce walizki wylądowały w bagażniku, a przybysze zajęli swoje miejsca w autobusie. Drzwi się zamknęły, kierowca odpalił stary silnik. Spojrzał na swój zegarek bez wskazówek mówiąc, że to dobry czas, by wyruszyć w podróż.

Z głośników płynął niski, głęboki głos Johny’ego Casha. Wnętrze autobusu wypełnione było na pozór niepotrzebnymi szpargałami. Kartony, koce, różne świecidełka i srebrne wisiorki. Na podłodze leżały puste butelki po Coca-Coli, z sufitu zwisały pierzaste łapacze snów. Asfalt umykał spod kół autobusu, kiedy ten mijał senne widma innych samochodów na tej autostradzie. Pasażerowie byli spięci, osaczeni przez niepewność. Ogarniało ich uczucie słodkiej bezwładności, jakby mimowolnie oddalali się od pełnych komplikacji spraw tego świata. Nie wiedzieli, co ze sobą zrobić, przykuci do foteli spojrzeniem białej czapli z wagą w dziobie, która jak posąg siedziała obok kierowcy.

Jechali przez nocne krainy. Niekiedy na poboczu stały grupy kuglarzy, jednorożce przechadzały się między wiekowymi drzewami, świetliste wróżki pukały do ich okien, odciskając swój uśmiech na sercach pasażerów – lecz oni mogli to wszystko tylko obserwować, tak jak podziwia się obrazy w galerii sztuki, spacerując jej korytarzami i przez chwilę doznając przyjemnego wrażenia, że posiedliśmy jej skarby na własność. Przejeżdżali przez kolejne nocne krainy, niezdolni do ich poznania, ze szwankującymi mechanizmami pamięci.

Pasażerowie próbowali szukać nawzajem swoich odbić w oczach innych. Czasem próbowali się do siebie odzywać, lecz ich słowa do nikogo nie docierały, jakby każdy z nich miał na uszach założone słuchawki i usiłował opowiedzieć sąsiadowi o swojej piosence. „To wszystko takie nierealne”, mówił emerytowany Szekspir. „Czy aby niczego nie zapomnieliście?”, pytał złodziej. Niedoszła królowa Francji siedziała, mrucząc coś do siebie. Większość pasażerów milczała, podczas gdy kierowca wiózł ich w nieznane strony.

Autobus podskakiwał na wybojach, bladoniebieskie lampy oświetlały twarze pasażerów, którzy właśnie zapadli w sen. Kilka godzin później obudzili się, potem znowu zasnęli. Noc nadal trwała. A oni jechali tak dalej, przemierzając nieskończone drogi między wiecznościami – oszołomieni pacjenci wielkiego szpitala, gdzie dyrektor w białym fartuchu raz próbuje uzdrowić ich śmiercią od życia, raz życiem od śmierci.

 

Hiszpański Żeglarz

(Mikołaj Wyrzykowski)

Rozgarty, 31.03.2014

Opowiadanie mówi o podróży – eterycznej, jakby odbywanej przez duchy skazane na wieczne krążenie wokół Ziemi, pasażerów autobusu jadącego przez nocne, poza życiowe krainy. Napisałem je zaraz po tym, jak wróciłem z Hagi (co? całonocna podróż autobusem? Nie może być! – dziwili się Holendrzy). Tak, całonocna – i ma swój urok. Z czego też wzięło się to opowiadanie.

Na deser zdjęcie z Hagi 😉

MIKI 2014-03-27 13.52.11-1