Od czerni i bieli do koloru – Marc Chagall

„Wybrałem malarstwo, ponieważ potrzebowałem go jak jedzenia. To było jak okno, przez które mógłbym odlecieć w inny świat” – Marc Chagall.

Kiedy spaceruję po Hotel de Caumont, oglądając wystawę prac Marca Chagalla, która dziś właśnie się kończy, mam wrażenie, że nie tylko sam malarz znalazł okno do innego świata, ale i zabrał nas wszystkich ze sobą. Zabrał do miejsca, które jest kolażem różnych czasoprzestrzeni, postaci i rzeczywistości. Miejsca, gdzie zwierzęta pochodzące ze wspomnień z rodzinnej Białorusi stają się fantastycznymi bestiami, metaforami, uosobieniami samego poety (kogut, żydowski symbol zwycięstwa dobra nad złem) oraz kraju, w którym się znalazł, czyli Francji.

I rzeczywiście, to miejsce, w którym można latać: zakochane pary unoszą się w miłosnym uścisku ponad Witebskiem czy Saint Paul de Vence…

Gdy zobaczyłem ten powracający motyw w pracach Chagalla, od razu przypomniały mi się filmy Emila Kusturicy, w których w pewnym momencie bohaterowie zawsze unoszą się w powietrze. Spójrz chociażby na scenę z „Arizona Dream”:

Relacja między malarstwem a kinem jest jak najbardziej prawdziwa – wiele scen filmowych nawiązuje do słynnych obrazów. Czy tak też jest w przypadku Chagalla i Kusturicy? Pewne jest, że obaj artyści nie stawiają rzeczywistości (sztuce) żadnych ograniczeń.

W jednym kadrze może mieszać się wiele czasów: przeszłość, pokazana przez odwrócone domy Witebska; przyszłości w postaci naszkicowanych tułaczy; teraźniejszość reprezentowana przez splątaną parę pochylającą się z nostalgią ku miasteczku lub unoszącą się na grzbiecie zielonego smoka ponad dachami domów. Obrazami rządzi brak granic, wyznaczników, oraz prawo wiecznego ruchu. Wszystko jest zawarte w jednym ponieważ, jak mówił sam Chagall, pochodzimy z tego samego miejsca: dzieciństwa.

Biblia była dla niego największym źródłem poezji wszechczasów, inspirowała go przez całe życie – nie przestawał pracować, gdyż w przeciwnym wypadku „zaczyna się umierać”. Nad czym pracował? Nad światłem i ciemnością, i nad rytmem kolorów, które w miarę upływu lat stały się dla niego głównym tematem twórczości.

W Hotel de Caumont można było zobaczyć tę ewolucję: od mrocznych ilustracji „Dekameronu” Boccacia korespondujących z wyganiem do Stanów Zjednoczonych, przez Paryż, który „rozświetlił jego świat cieni”, aż po iskrzące barwami prace z okresu prowansalskiego. Lecz Chagall był do końca rozdarty między swoją ojczyzną a Francją, między czernią i kolorem, snem i rzeczywistością… zdaje się, że to obrazy były miejscem, w którym wszystko może się połączyć, gdzie kolory przestrzegają rytmu muzyki, gdzie w filmowym locie zakochanych ponad miastami dzieciństwa i dorosłości triumfuje miłość i wyobraźnia.

„Zaczarowany Flet”, Marc Chagall