W piątkowy wieczór przechodziłem obok kina „Le Cezanne”. Zatrzymałem się na chwilę, widząc długi stół, a przy nim trzech mężczyzn mieszających w garnkach. „Co tutaj przygotowujecie?”, zapytałem. „Zupę cebulową”, odpowiedział jeden z nich, dla potwierdzenia odsłaniając pokrywę garnka, „To będzie na noc krótkich metraży”.  Już wtedy wiedziałem, że będzie to maraton jedyny w swoim rodzaju.

Temat: kino drogi. 20 filmów krótkometrażowych z najróżniejszych części świata, podzielonych na półtoragodzinne seanse. Początek o północy. Koniec o świcie. Czy to nie brzmi wspaniale?

Przychodzę jak zwykle na ostatnią chwilę. Przed „Le Cezanne” czeka już tłum ludzi: zniecierpliwionych, zmarzniętych (to był akurat najchłodniejszy do tej pory dzień w Prowansji), owijających się kocami przygotowanymi na tę noc. Zapełniamy prawie całą  salę.

Wszyscy są podekscytowani, rozmawiają głośno, śmieją się, są w wyśmienitym nastroju. Po zapowiedzi organizatorów zaczyna się pierwszy film: krótka, treściwa i dosłownie wybuchowa animacja, która sprawia, że na publiczności rozlegają się gromkie brawa. To coś, czego do tej pory nie doświadczyłem: po każdym filmie na tym festiwalu widownia klaskała. Na początku wydawało mi się to nietypowe, ale potem zrozumiałem, jakie to naturalne i miłe. Wyjątkowy zwyczaj.

Jakie drogi ukazują filmy? Czasem długie wyprawy podróżnicze z Francji do Szanghaju, , czasem wyjazd samochodem, wypad na mecz, jazda pociągiem czy tramwajem. Nawet najbardziej błaha czynność przemieszczania się tworzy historię. Dowcipną, niedopowiedzianą, smutną, przerażającą: o zaufaniu, dorastaniu, miłości i wszystkich innych niewytłumaczalnych rzeczach.

Pierwszy film zawsze jest krótką animacją, a ostatni wbija w fotel, wzniecając dyskusje w czasie przerw.  Wtedy, po półtoragodzinnym seansie wszyscy wychodzą na zewnątrz, interpretując każdy z pięciu filmów i wybierając swoich faworytów (przyznam, że po jakimś czasie miałem ich tylu, że wszystko zaczęło mi się mieszać). Przed kinem czekają na nas organizatorzy, rozdając gorącą kawę, herbatę i ciastka. „Dalej, weźcie trochę magdalenek, przypomnijcie sobie, jak Proust maczał je w herbacie!”, krzyczą. O trzeciej nad ranem każdy otrzymuje miskę zupy cebulowej z kawałkiem chleba i serem. Coś, co możliwe jest chyba tylko we Francji.

Noc krótkometrażowych filmów drogi  kończy się o szóstej nad ranem, wraz ze wschodem słońca wszyscy wracają do domu, rozpoczynając swoją własną, osobistą drogę. Powiem otwarcie: nie myślałem, że maraton filmowy może mieć tak wspaniałą atmosferę. Rzadko kiedy na sali kinowej czuję, że jestem tam razem z innymi, że wszyscy znajdujemy się tam w jednym celu. I w czasie filmów, i w czasie przerw.

Zobaczcie tytuły, które były pokazane na Nuit du Court. Każdy z nich był wyjątkowy, naprawdę. Możecie je sprawdzić TUTAJ i jeśli tylko będziecie mieli okazję, obejrzyjcie.

Mikołaj

Foto: Festival Tous Courts, „Paris Shanghai”