Miasto/La Ville – opowiadanie/ le récit

Miasto/La Ville – opowiadanie/ le récit

Która droga jest moja? Którą powinienem wybrać? Te i inne pytania bez odpowiedzi znajdziecie w tym surrealistycznym i metaforycznym opowiadaniu.

Quelle est ma voie? Quelle chemin devrais-je emprunter? Vous en trouverez d’autres questions son réponse dans ce récit surréaliste et métaphorique.

 

  • Jesteś tam? Zejdź, czekam na Ciebie.

Głos dochodził z ulicy. Należał do włóczęgi, którego znałem właściwie od zawsze. Akceptowałem jego obecność jak wszystkie inne rzeczy, które spotykają nas w życiu – jak mógłbym czynić inaczej? Spacerowaliśmy razem codziennie. Nie przestawał mówić – a mimo to nie wyrzucał słów jedynie po to, aby wypełnić nimi niezręczną ciszę. Pragnął nimi raczej opisać każde niejasne uczucie, myśl, każdy kamyk leżący na drodze, zupełnie jakby zamierzał na nowo dokonać stworzenia świata.

Zamknąłem moją książkę i wyszedłem, zostawiając otwarte drzwi. Czemu miałbym się troszczyć o mieszkanie? Miałem go dosyć, tak jak i całej tej rzeczywistości, ale nie za bardzo wiedziałem, gdzie indziej mógłbym pójść.

Czekał na mnie przy schodach.

  • Mam nadzieję, że cię nie obudziłem? Nie? To dobrze, naprawdę świetnie Cię znowu widzieć. Mówiąc szczerze, nie spodziewałem się tego.
  • Ja również nie.

Wymienialiśmy te zdania przy każdym naszym spotkaniu. Następnie on wybierał jedną z uliczek tego miasta, a ja podążałem za jego krokami.

  • Przyszła noc, wszystko się zaczyna – wyszeptał.

Szliśmy przez spokojną, odludną część miasta; teraz zaś wkroczyliśmy w uliczkę, która wybuchła przed nami tysiącem kolorowych neonów, gwarem rozmów oraz silnym zapachem dochodzącym z otwartych na oścież drzwi restauracji. Chodnik nadal błyszczał po wczorajszym deszczu – odbijały się w nich rozedrgane płomyki świec, wokół których siedzieli ci, którzy zawsze żyją tylko jedną nocą.

  • Kojarzysz ich? Są wspomnieniami, lub wałęsającymi się wizjami. To lustra, jak zresztą my wszyscy. – jego głos zdawał się wszechobecny, otulając mnie ciepłem pośród tej chłodnej nocy.

Zostawiliśmy za sobą ciemność, zostawiliśmy też rozświetloną ulicę i zeszliśmy w kierunku strumyka – nadal łatwo gubiłem się w tym labiryncie ulic. Pracowałem bez przerwy w jednej restauracji i przez większość czasu nawet nie byłem świadomy, gdzie jestem. Czas wolny upływał mi na oczekiwaniu chwili, która zdawała się nigdy nie nadchodzić.

Maszerowaliśmy wzdłuż strumyku, a on tymczasem kontynuował swoją opowieść.

  • Do tego miasta przyjechałem całkiem niedawno. Miałem mojego poprzedniego mieszkania i całej tej rzeczywistości… Co mnie tutaj czekało? Nic specjalnego: wielkie nadzieje, później zakwaterowanie, praca, codzienność. Miasto jak każde inne. A ja, jak zwykle, nadal nie wyznaczyłem sobie kierunku… Ileż bym dał, żeby ponownie znaleźć się na tamtym skrzyżowaniu dróg i skręcić w dobrą ulicę!

Wspiął się na zalesione wzgórze, skąd roztaczał się piękny widok na leżącą w dole plątaninę ulic i budynków. Dotarliśmy na sam szczyt. Długo staliśmy w milczeniu, aż wreszcie usłyszałem słowa, które miały paść jeszcze wiele razy z jego ust:

  • To dobre miasto. Zawsze pozwala Ci się zgubić, dając jednocześnie szansę, aby się odnaleźć.

Wtedy nie rozumiałem jeszcze, co chciał mi przez to powiedzieć.

Zeszliśmy krętą ścieżką w dół. Po obu jej stronach piętrzyły się drzewa figowe, których gałęzie sięgały ponad naszymi głowami; zebrałem kilka dojrzałych owoców, które już leżały na ziemi.

  • Pracowałem bez przerwy w jednej restauracji i przez większość czasu nawet nie byłem świadomy, gdzie jestem. Czas wolny upływał mi na oczekiwaniu chwili, która zdawała się nigdy nie nadchodzić. Moje wielkie plany zostały zdeptane przez nieustający marsz kolejnych dni i nocy… Nadal szukam tego skrzyżowania, na którym wybrałem zły kierunek.
  • Miałem dość mojego miasta i całej tej rzeczywistości… Wszystkie miasta są takie same.

Nie potrafiłem już rozróżnić, który z nas wypowiada się w danym momencie. Po raz kolejny usłyszałem znane mi już słowa:

  • To miasto zawsze pozwala Ci się zgubić, ale jednocześnie daje szansę, by potem się odnaleźć.

Reszta była ciągiem pytań i odpowiedzi – nasza rozmowa dotykała każdego niejasnego uczucia, myśli, każdego kamyka leżącego na drodze Moje oczy, podobnie jak i włóczęgi, błyszczały nową nadzieją: czy powinienem opuścić moje mieszkanie, rzucić pracę i pójść wreszcie w kierunku, który kiedyś sobie wyznaczyłem? Pragnąłem zostawić to wszystko za sobą; jak jednak mógłbym się na to zdobyć?

W powietrzu unosiła się lekka, wilgotna mgła. Rozglądałem się dokoła, zaczynając dostrzegać obecność zwierząt: dwa psy spały na rogu ulicy, wtulone w siebie; koń spoglądał w horyzont, przeżuwając siano; kogut przechadzał się wzdłuż chodnika, krzykliwie zapowiadając rychłe nadejście poranka.

Czas i przestrzeń przestały istnieć poza naszymi słowami. Nie przestawałem mówić – a mimo to nie wyrzucałem słów jedynie po to, aby wypełnić nimi niezręczną ciszę. Pragnąłem raczej na nowo stworzyć świat ze wszystkich wizji i wałęsających się wspomnień.

Zatrzymaliśmy się na skrzyżowaniu. Zbliżał się świt, mogłem usłyszeć ćwierkanie ptaków. Wiedziałem, że moje mieszkanie znajduje się całkiem blisko stąd; wiedziałem również, że wszystkie inne ulice prowadzą o wiele dalej. Spojrzałem w oczy mojemu przyjacielowi i zdało mi się, że widzę w nich całe życie. Wtedy też zauważyłem w jego torbie książkę, którą czytałem: nosiła ona tytuł „Miasto”.

– Tak, jestem tutaj – moje słowa wyszły same z siebie.

Uśmiechnął się lekko i wybrał jedną z ulic, zostawiając mnie samego na skrzyżowaniu.

 

 

«Tu es là? Descends, je t’attends.»

La voix venait de la rue.  Elle appartenait à un vagabond que je connaissais depuis toujours. J’acceptais sa présence comme toutes les autres choses qui arrivent dans la vie; comment pourrais-je faire autrement? On flânait ensemble tous les jours. Il n’arrêtait pas de parler – et pourtant, ses paroles n’étaient pas fébrilement jetées pour voiler le silence gênant. Elles cherchaient plutôt à définir chaque vague sensation, chaque pensée et chaque caillou trouvés sur le chemin, comme s’il voulait réinventer le monde.

J’ai fermé mon livre et je suis sorti, en laissant la porte ouverte. Pourquoi y prêter attention? J’en avais marre de ma piaule et de toute cette réalité, mais je ne savais pas où aller.

Il m’attendait en bas de l’escalier:

«Je t’ai pas réveillé ? Non? C’est bien, très bien de te voir. Franchement, je m’y attendais pas.»

«Moi non plus»

On disait ça à chaque fois qu’on se rencontrait, c’était notre habitude. Puis, lui, il empruntait une des rues et moi,  je le suivais.

«La nuit est venue, tout commence» a-t-il dit.

Nous marchions à travers un quartier obscur; soudain une ruelle a explosé devant nous avec mille couleurs de néons, vacarme des conversations et une forte odeur venant des portes ouvertes des restaurants. Le trottoir scintillait encore après la pluie d’hier – il reflétait les flammettes tremblantes des bougies, autour desquelles étaient assis tous ceux qui ne vibrent que pour une nuit.

«Tu les connais? Ce sont des visions, des souvenirs errants. Des miroirs, comme nous tous.» sa voix semblait omniprésente, elle m’enveloppait par sa chaleur dans cette nuit fraiche.

Après l’obscurité et la clarté nous sommes descendus vers le ruisseau – c’était encore très facile pour moi de me perdre dans ce dédale de rues. Je travaillais sans répit dans un restaurant et la plupart du temps je ne savais même pas où j’étais. Les heures libres se passaient dans l’attente d’un vague moment qui ne venait jamais.

Son récit continuait, tandis qu’on marchait au bord du ruisseau:

«Il n’y a pas longtemps que je suis arrivé dans cette ville. J’en avais marre de ma piaule et de toute cette réalité… Qu’est-ce qui m’attendait? Rien de spécial: grandes espérances, puis logement, travail, vie quotidienne. Une ville comme toutes les autres. Et moi, comme toujours, j’étais sans direction… Qu’est-ce que je donnerais contre une possibilité de trouver encore une fois ce carrefour et choisir la bonne voie!»

Il s’est dirigé vers la colline boisée, d’où on pouvait avoir une belle vue sur l’enchevêtrement des rues et des bâtiments. Nous avons atteint le sommet pour pouvoir regarder ce labyrinthe du dessus. Un silence précédait les paroles qu’il allait proférer encore plusieurs fois cette nuit:

«C’est une bonne ville. Elle te permet toujours de te perdre et donne en même temps la chance de te retrouver.»

Je ne comprenais pas encore ce qu’il voulait dire par là.

Nous sommes descendus par un chemin étroit. Des deux côtés les branches de figuiers s’étendaient au dessus de nos têtes; j’ai ramassé et goutté quelques fruits mûrs qui étaient déjà par terre.

«Je travaillais sans répit dans un restaurant et la plupart du temps je ne savais même pas où j’étais. Les heures libres se passaient dans l’attente d’un vague moment qui ne venait jamais. Mes grands plans ont été anéantis par la marche incessante des jours et des nuits… Je cherche encore ce carrefour où j’ai pris le mauvais pas.»

«J’en avais marre de ma piaule et de toute cette réalité… Mais rien ne change. Toutes ces villes sont pareilles.»

Je ne savais plus lequel de nous deux parlait. Après un moment de silence j’ai entendu les mêmes paroles encore une fois:

«Cette ville te permet toujours de prendre un mauvais pas, mais elle donne en même temps la chance de te retrouver au bon carrefour.»

Le reste n’était qu’une suite de questions et de réponses – notre conversation touchait à chaque vague sensation, chaque pensée et chaque caillou retrouvés sur le chemin. Mes yeux, comme ceux du vagabond, scintillaient d’espoir: devrais-je quitter le restaurant, sortir de ma piaule, me diriger enfin vers le dessein que je m’étais jadis fixé? Je voulais tout abandonner, mais comment oserais-je le faire?

La brume, légère et humide, flottait dans les vielles rues. J’ai commencé à apercevoir la présence des animaux – deux chiens enlacés dormaient au coin de la rue; un cheval mâchouillait la paille avec un regard fixé sur l’horizon; un coq se promenait tout au long du trottoir, en annonçant l’arrivée du jour.

Hormis nos pas et nos paroles il n’y avait plus de temps ou d’espace. Je n’arrêtais pas de parler – pourtant, mes paroles n’étaient pas fébrilement jetées afin de voiler le silence gênant. Je voulais plutôt réinventer le monde à partir des visions et des souvenirs errants.

Nous nous sommes arrêtés au carrefour. Les oiseaux gazouillaient, l’aube était proche. Je savais que chez moi était tout près; je savais aussi que toutes les autres rues conduisaient beaucoup plus loin. J’ai regardé mon compagnon dans les yeux et il m’a semblé y voir toute ma vie. Alors j’ai aperçu dans son sac le livre que je lisais: c’était le récit intitulé La Ville.

«Oui, je suis là» mes paroles sont venues d’elles-mêmes.

Après un vague sourire il a emprunté une des rues, en me laissant seul au carrefour.

Mikołaj Wyrzykowski

Aix en Provence, 2017